poniedziałek, 24 sierpnia 2015

Ptactwo oraz inne zwierzaki




   Zanim doszedłem do mokradeł, kilka razy zatrzymywałem się przy ogrodzeniach pobliskich domostw. Bardzo intrygowały mnie piękne, kolorowe przydomowe zwierzęta – zwłaszcza ptaki. Indyki, gęsi, kaczki, perliczki – czarne oraz białe! Pawie, gołębie, oraz najrozmaitsze kury. Gdzieniegdzie napotykałem kozy. Niektóre nawet miały groźnie wyglądające szable na łbach, w postaci rogów. Większość psów głośno ujadała, ale też – prawie wszystkie – przyjaźnie merdały ogonami. Co ciekawe, nie napotkałem ani jednej krowy. Konia – tylko jednego. Próbowałem częstować owe zwierzaki moimi smakołykami, czyli ciastkami zakupionymi opodal w sklepie. Część – i owszem – skorzystała. Kury, kaczki, kozy i gołębie, oraz niektóre pieski. Reszta – zwłaszcza indyki – pokazywały dumie napuszone, że mają moje łakocie w głębokim poważaniu. Trochę ciastek jednak mi z plecaka ubyło.

   Jeszcze ze 30 metrów i zaczną się tataraki rosnące na mokradłach. Obszar ten jest dość rozległy. Pomiędzy gęstwinami jest jednak sporo wydeptanych ścieżek. Trzeba być bardzo ostrożnym, bo nie wiadomo w kiedy można się poślizgnąć i płaskim ślizgiem zaparkować w błotku. Może to być przyjemne – na przykład  dla dzika, albo jakiegoś ptaka błotnego… Choć kiedyś widziałem charta, który z wielką rozkoszą tarzał się właśnie w takim błocie. Ten chart, podobno z natury jest bielutki jak mleko. Wtedy jednak nie było na nim ani kawałeczka białego koloru. Wracając do mojej wędrówki, to przechodząc ze ścieżki na ścieżkę, obierając kierunek za coraz głośniejszymi dźwiękami jadących samochodów, wyszedłem wprost trasę spacerowo rowerową po drugiej stronie zbiornika wodnego. Tuż przy brzegu siedziały sobie dzikie kaczki, które ani drgnęły, kiedy zbliżyłem się do nich na pół metra. Wydałoby się że śpią, bo były w pozycji półsiedzącej, z głowami schowanymi pod skrzydło. Jednak gdy przyjrzałem im się nieco uważniej, to zauważyłem że mają otwarte oko, które nawet im nie drgnęło. Pewnie gdyby poczuły że zagraża im jakieś niebezpieczeństwo, to natychmiast zerwałyby się z miejsca. Chciałem rzucić im kilka okruchów, ale po sięgnięciu do plecaka okazało się, że jest już pusto. Zjadłem widocznie wszystko, kiedy błądziłem ścieżkami w gąszczu. Jakaś miła dziewczyna widząc moją głupią minę, doradziła że gdybym przeszedł obok pobliskich domków, to doszedłbym do uliczki gdzie jest kiosk spożywczy. Uprzejmie podziękowałem i udałem się w tamtym kierunku. Kiosk odnalazłem bardzo szybko. Był nawet nieźle zaopatrzony, bo kupiłem w nim biszkopty oraz markizy. Wszystko z firmy Dr. Gerard – rzecz jasna. Spakowałem się i postanowiłem wrócić do wcześniejszego miejsca.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz