Zanim doszedłem do
mokradeł, kilka razy zatrzymywałem się przy ogrodzeniach pobliskich domostw.
Bardzo intrygowały mnie piękne, kolorowe przydomowe zwierzęta – zwłaszcza ptaki.
Indyki, gęsi, kaczki, perliczki – czarne oraz białe! Pawie, gołębie, oraz
najrozmaitsze kury. Gdzieniegdzie napotykałem kozy. Niektóre nawet miały groźnie
wyglądające szable na łbach, w postaci rogów. Większość psów głośno ujadała,
ale też – prawie wszystkie – przyjaźnie merdały ogonami. Co ciekawe, nie
napotkałem ani jednej krowy. Konia – tylko jednego. Próbowałem częstować owe
zwierzaki moimi smakołykami, czyli ciastkami zakupionymi opodal w sklepie.
Część – i owszem – skorzystała. Kury, kaczki, kozy i gołębie, oraz niektóre
pieski. Reszta – zwłaszcza indyki – pokazywały dumie napuszone, że mają moje
łakocie w głębokim poważaniu. Trochę ciastek jednak mi z plecaka ubyło.
Jeszcze ze 30
metrów i zaczną się tataraki rosnące na mokradłach. Obszar ten jest dość
rozległy. Pomiędzy gęstwinami jest jednak sporo wydeptanych ścieżek. Trzeba być
bardzo ostrożnym, bo nie wiadomo w kiedy można się poślizgnąć i płaskim
ślizgiem zaparkować w błotku. Może to być przyjemne – na przykład dla dzika, albo jakiegoś ptaka błotnego… Choć
kiedyś widziałem charta, który z wielką rozkoszą tarzał się właśnie w takim
błocie. Ten chart, podobno z natury jest bielutki jak mleko. Wtedy jednak nie
było na nim ani kawałeczka białego koloru. Wracając do mojej wędrówki, to
przechodząc ze ścieżki na ścieżkę, obierając kierunek za coraz głośniejszymi dźwiękami
jadących samochodów, wyszedłem wprost trasę spacerowo rowerową po drugiej stronie
zbiornika wodnego. Tuż przy brzegu siedziały sobie dzikie kaczki, które ani
drgnęły, kiedy zbliżyłem się do nich na pół metra. Wydałoby się że śpią, bo
były w pozycji półsiedzącej, z głowami schowanymi pod skrzydło. Jednak gdy przyjrzałem
im się nieco uważniej, to zauważyłem że mają otwarte oko, które nawet im nie
drgnęło. Pewnie gdyby poczuły że zagraża im jakieś niebezpieczeństwo, to
natychmiast zerwałyby się z miejsca. Chciałem rzucić im kilka okruchów, ale po
sięgnięciu do plecaka okazało się, że jest już pusto. Zjadłem widocznie wszystko,
kiedy błądziłem ścieżkami w gąszczu. Jakaś miła dziewczyna widząc moją głupią
minę, doradziła że gdybym przeszedł obok pobliskich domków, to doszedłbym do
uliczki gdzie jest kiosk spożywczy. Uprzejmie podziękowałem i udałem się w
tamtym kierunku. Kiosk odnalazłem bardzo szybko. Był nawet nieźle zaopatrzony,
bo kupiłem w nim biszkopty oraz markizy. Wszystko z firmy Dr. Gerard – rzecz jasna.
Spakowałem się i postanowiłem wrócić do wcześniejszego miejsca.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz