Wczoraj miałem
luźny dzień. Postanowiłem sobie więc, że trochę pochodzę. Dawno nie byłem nad zalewem,
to stwierdziłem że warto będzie właśnie nad wodę się wybrać. Od domu do samej
zapory, mam jakieś 4km. A później, jednym brzegiem rozlewiska do kładki –
również 4km albo nawet więcej. No a przez linową kładkę na drugą stronę – i do zapory,
będzie z 6 albo i więcej. Bo po drugiej stronie jest sporo trzcin i mokradeł.
Dlatego trzeba przejść o połowę drogi więcej, żeby ominąć chaszcze i bagna.
Kilka lat temu stworzono tu rezerwat przyrody, dlatego da się odpoczywać
czynnie w tym miejscu. Wrzuciłem do plecaka butelkę wody, w pobliskim sklepiku
kupiłem jakieś ciastka – i komu w drogę… Kiedy doszedłem już do zapory, to
pomyślałem że daleko pewnie nie zajdę, bo zmęczenie już dawało znać o sobie.
Wyciągnąłem wodę i wypiłem chyba 1/3 butelki. Na całe szczęście, nad zalewem jest
sklepik, więc dokonałem jeszcze dodatkowych zapasów – wody i ciastek również.
Nie mogłem się oprzeć, bo tutaj były moje ulubione, które produkuje Dr. Gerard.
Kupiłem markizy oraz kruche i poszedłem nad wodę. Ludzi było co niemiara. Pogoda
sprzyjała, gdyż nieco się ochłodziło i wiał przyjemny wiatr od wody. Kiedy
odszedłem już około kilometr, było już znacznie ciszej i miejski zgiełk już tak
nie dzwonił w uszach. Poczułem wtedy napływ nowych sił. Zmęczenie zaczęło
ustępować. Kilkanaście metrów dalej była ławka. Powoli zbliżałem się do niej,
nasłuchując śpiewu ptaków oraz kumkania żabek. Doszedłem do ławki i usiadłem,
aby dać nogom chwilę odpoczynku. Zdjąłem plecak i wyciągnąłem ciastka. Niemal
natychmiast pojawiło się wokół mnóstwo rybitw, łabędzi i dzikich kaczek. Rzecz
jasna – podzieliłem się z nimi swoim dobrem, po czym ruszyłem w dalszą drogę…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz