sobota, 22 sierpnia 2015

Na kładce




   Doszedłem do kładki. Była w lepszym stanie jak ostatnio. Przeszedłem spokojnie na drugą stronę i wszystko odbyło się bez strachu. Będąc na środku, odwróciłem się twarzą do lustra wody w zalewie. Po przeciwnej stronie widać było miejskie osiedle. Słońce miałem za plecami a jego promyki odbijały się w osiedlowych oknach.
Wyglądało to tak, jakby języki ognistych płomieni wydobywały się z okien blokowiska. Widok ten następnie odbijał się w lustrze wody zalewu. Niby takie najzwyklejsze miejskie osiedle, położone na lekkim wzgórzu, a widok wprost niezwykły. Nie było nikogo kto chciałby przejść jeszcze przez kładkę, to też usiadłem sobie na środku i z zachwytem przyglądałem się opisanemu obrazowi. Żabki kumkały sobie coraz głośniej. Ptactwo również dawało znać o sobie, dając koncerty w pobliskich krzakach i trzcinach. Siedziałem sobie tak na tej kładce, kaczki i łabędzie przepływały blisko unosząc łby w moją stronę od czasu do czasu. Z gęstego tataraku co raz to wypływały bardziej płochliwe i krzyczące drozdy. A nade mną, wrzeszczały rybitwy i głośno piszczały jaskółki skałowe. Było już późne popołudnie, to owady zaczęły fruwać gęstymi ławicami. Jaskółkom było w to graj i z upolowaniem jakiegoś dorodnego bąka nie miały problemu. Sięgnąłem po raz kolejny do plecaka, by podrzucić kawałek jakiegoś ciastka, dostojnie przepływającemu łabędziowi. Szukam, szukam – a tu niema już niczego. Wstałem więc i ruszyłem dalej. Po chwili usłyszałem gdzieś za drzewami, szum jadących samochodów. To był znak, że jest szansa natrafienia na jakiś sklep. I nie myliłem się! Doszedłem do ulicy Granicznej, gdzie opodal jest jakiś sieciowy market. Smakołyków było w nim mnóstwo. Nakupiłem wafli oraz krakersów tym razem. Rzecz jasna – z ulubionej firmy Dr. Gerarda. Do porosłych trzciną oraz tatarakiem mokradeł było ponad 300m. Ścieżką skierowałem się w tamtą stronę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz