Babcia
Jadzia nie była typem dobrodusznej, ciepłej staruszki, której można zwierzyć
się z wstydliwych wnuczęcych rozterek. Była
nieco szorstka w obyciu i
zacietrzewiona na ,zachowania typu Lelum polelum co tłumacząc z slangu miejskiego znaczy ,na flegmatyzm i
ślamazarstwo.
W wieku70 lat ,,przystawała
przed lustrem i ,jednym z palców swej spracowanej dłoni dotykała ,kącików
oczu schlebiając sobie cichym szeptem: no ale kurzych łapek to jeszcze nie mam”
Jej wewnętrzna siła ,
zaradność i niezaprzeczalny
talent do kucharzenia były dla nas
wnucząt tak ,fascynujące ,, że cała ,surowość twarzy babci Jadzi
, miała się w naszych młodziutkich umysłach jak piernik do
wiatraka.
Dziadkowi Teodorowi, z racji swoich przekonań opartych
na ,wschodnim modelu monopartyjności winno zwać się Fiodor. My dzieciaki ,głuptaski mające kruche pojęcie o ustroju politycznym widzieliśmy ,go myśliwym , z nieodłącznym
scyzorykiem w kieszeni i luźnych
spodniach upiętych na szerokich parcianych szelkach. Chichotał rubasznie gawędząc
o
pięknej sztuce dzika , którą
przytaszczył na motorze marki WSK a my z
półotwartymi ustami czekaliśmy na kolejne ćwiartki kruchych jabłek, które cierpliwie
obierał i dzielił swym myśliwskim scyzorykiem. Babcia tymczasem wyczarowywała
pączki z konfiturowym nadzieniem.
Kiedyś babcia Jadzia
zaniemogła. Leżała z twarzą bladą od
mdłości, w łóżku i denerwowała się na
swoją dolegliwość:
- Teoś… może śledzia bym zjadła, tak za mną kwaśne chodzi-
kombinowała
- A zobaczymy co się
da zrobić - pocieszał dziadek i
zaczynał manewry.
Pamiętam to jak dziś, jak wycofał się z zasięgu wzroku i
słuchu babci i wykręcając na tarczy
telefonu numer po chwili szeptał do słuchawki:
- Doktor Gerard?... Tu Żytyński .Żonę mdli chce śledzia. Czy to aby nie zaszkodzi
przy tych lekach co doktor przepisał?
I po odpowiedniej dozie czasu
babcia z błogosławioną miną zajadała śledzika.
Taka to była para
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz