Początkowo pomyślałem
że doszedłem nie w to miejsce co zamierzałem. Kaczki nie było już ani jednej.
Rozglądnąłem się jeszcze raz. Tą ścieżką co jest naprzeciw, wychodziłem z chaszczy.
Z poza gęstwiny trzcin wypłynęła gromadka drozdów – to znaczy, mama ze swoimi dziećmi.
Rzuciłem w ich stronę garść okruchów, lecz szybko odwróciły się i odpłynęły w
popłochu. Nic się w przyrodzie nie zmarnuje… Ryby sobie spożytkują tych kilka
kawałków ciastek… Udałem się w kierunku zapory. Szum oraz warkot jeżdżących
pojazdów coraz bardziej dokuczliwie dawał się we znaki. Na trawiastym brzegu
siedziało jeszcze kilka łabędzi. Najbliżej mnie był jakiś jeszcze mało
opierzony młodzian. Miał charakterystyczne kolorowe pióra. Choć wielkością nie
różnił się już od swoich rodziców, bacznie obserwujących czy nie nadchodzi
jakieś zagrożenie. Kiedy zbliżyłem się do nich – może na pięć metrów, młody
zaczął przesuwać się w moją stronę. Dziwnie poruszał głową do przodu i do tyłu.
Rozwarł szeroko dziób i coraz szybciej zmierzał do mnie. Szybko wyjąłem ciastko,
które przygotowane miałem w kieszeni. Dorodny młody łabądek był tuż, tuż.
Wyciągnąłem rękę, aby dać mu smakołyka. Ten jednak złapał mi rękę strasznie
łapczywie. A ponieważ dziób miał rozwarty bardzo szeroko, to na kciuku poczułem
jego ostre jak brzytwa haki. W ułamku sekundy jego niezwykle ostre zęby,
wyrwały mi odrobinę kciuka – tak od paznokcia, do zgięcia. Wszystkim którzy
zechcą kiedykolwiek karmić łabędzie z ręki, to radzę bardzo uważać! Na całe
szczęście, zawsze jak się wybieram na dalszą przechadzkę, to do plecaka wrzucam
wodę utlenioną oraz środki opatrunkowe. Do zapory doszedłem już szczęśliwie.
Kiedy przeszedłem na drugi koniec mostu, to do domu pozostało mi do przejścia
jeszcze około 4km. W plecaku było już całkiem pusto. Za skrzyżowaniem jest
jednak market. Wstąpiłem do niego i zrobiłem zakupy – wafle i markizy – a jakże…
Pewno że Dr. Gerarda! I butelkę napoju. Na drogę do domu, powinno wystarczyć…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz