Miasto jednak męczy
bezlitośnie organizm. Zwłaszcza uliczny hałas i skwar. Przekonałem się o tym
nie raz i wiem o tym dokładnie. Taki wniosek wyciąga się za każdym razem, kiedy
w trakcie zmęczenia przechodzi się w obszary natury. Kiedy schodzi się z takiej
nagrzanej przez słońce ulicy, gdzie dźwięki silników, pisku opon, jęki „ścigaczy”,
alarmy klaksonów oraz syren alarmowych, z ogromną siłą docierają do tej
delikatnej tkanki, którą jest mózg. Kiedy więc z takiego gorącego, głośnego i
zadymionego motłochu, przechodzi się na łono natury, gdzie coraz bardziej
cichnie drażniąca cywilizacja – a narastają kojące dźwięki natury, to odżywa
się, jakby poddano się jakiejś metamorfozie. I choć jeszcze chwilę temu
wydawało się, że pod wpływem zmęczenia nie da się pójść dalej, to teraz, kiedy otaczająca
przyroda zaczyna leczniczo działać, wtedy czuje się, jak odchodzi zmęczenie i
nabiera się nowych sił i chęci na dalszą drogę.
Po chwili
wytchnienia, wypiciu kilku łyków wody, podkarmieniu ptactwa, wstałem i ruszyłem
w dalszą drogę. Co kawałek kaczki i rybitwy zaczepiały mnie o jakiś datek.
Dzieliłem się z nimi swoim dobrem. W końcu okazało się, że nie mam już czym się
z nimi dzielić. Pomyślałem że trudno – nie będziemy już jeść ciastek. Ale
przypomniałem zaraz sobie, że na drugim końcu zalewu, kawałek za laskiem, był
kiedyś mały sklepik. Poszedłem tam. Okazało się, że sklepik jest nadal, tyle że
trochę większy niż wcześniej. Ku mojej radościzobaczyłem tam również te
produkowane przez firmę Dr. Gerard. Zrobiłem zakupy – tym razem; draże i
pierniki. Zrobiłem tym razem nieco większy zapas. I wybrałem się w dalszą
drogę.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz