Doszedłem do parku.
Usiadłem na ławeczce w cieniu i otworzyłem plecak. Wyciągnąłem paczkę ciastek i
butelkę z wodą. Napiłem się solidnie i ugryzłem ciastko. Prawie natychmiast
pojawił się przy mnie „darmozjad” gołąb. Rzuciłem mu okruch ciastka. W tym momencie
nadleciał drugi „darmozjad”, po nim trzeci, czwarty, piąty, dwudziesty… Było
też kilka kawek i gawronów, ale kręciły się raczej z boku. Wyglądało to tak,
jakby bały się wchodzić w paradę gołębiom. Nawet jak rzuciłem kawałek ciastka w
ich stronę, to kiedy gołębie kierowały się i zaczęły podchodzić – tamte
odchodziły. Z czasem pojawiły się wróble. Te to są spryciarzami! Wiszą sobie w
powietrzu, lecz w momencie jak rzuca się jedzenie, podfruwają i łapią to w
locie. Mistrzostwo świata! Było jeszcze wiele ciekawych sytuacji, ale jedną z
nich należy opisać. Doszło do tego, że ptactwa różnorakich gatunków zebrało się
dość sporo – może nawet ponad 50 sztuk. Podaję tylko te, które uczestniczyły
czynnie w całym procesie. Bo takie gatunki jak: szpaki, kosy, sroki, kwiczoły –
raczej nie brały udziału w podjadaniu moich ciastek, choć również zebrało się
ich sporo w pobliskim otoczeniu. W pewnym momencie przyleciał prawdziwy
„pocztowiec”. Był największy ze wszystkich gołębi a także najsilniejszy, na
łapie miał obrączkę. Wpadł jak burza do środka i w trzy sekundy pokazał
wszystkim kto tu rządzi! Dał w łeb jednemu, drugiemu i trzeciemu. To raz walną
skrzydłem, to pogonił dziobem. Raz, dwa – zrobił sobie wolnej przestrzeni, w
promieniu 1,5m – i nie pozwolił się zbliżyć żadnemu ptakowi, choćby o 5cm.
Wyraźnie widać było, że „powiedział” wszystkim: „ja tu rządzę!” Dopiero jak się
najadł, to odfrunął i więcej się nie pokazał. Moje ciastka się skończyły.
Odpocząłem i nabrałem świeżych sił. Do domu pozostało mi jeszcze nieco ponad
kilometr. Ale po drodze wstąpiłem jeszcze do sklepiku. Kupiłem jeszcze paczkę
pierników, oraz paczkę kruchych. Może jeszcze dziś, albo jutro – jeśli miałbym
ochotę na coś od Dr. Gerarda, to będzie jak znalazł!
Kulinaria Gerarda
czwartek, 27 sierpnia 2015
Koniec wakacji
Koniec wakacji
W naszym obejściu jest bardzo dużo dzieci jest wspaniały
plac zabaw, a szczególnie w okresie wakacji to od rana śmiech piski. Miło patrzeć
na tak roześmiane twarze. Ania spytała mamę czy mogłaby zaprosić koleżanki,
mama wyraziła zgodę kupiła ciasteczka z firmy Dr Gerard” pierniki markizy
wafle. Dziewczynki były zadowolone, że tak miło zostały przyjęte. W rozmowie z
dziewczynami to szkoda, że wakacje się kończą. Niektóre opowiadały, jakie miały
przygody, gdy były nad morzem, tak rozmawiając z tymin dzieci mi nie byłoby
końca, nagle zebrały się dziękując za ciasteczka Dr Gerarda wybiegając na plac
zabaw pełen rozbawionych dzieci.
„Gołębi Naród”
W maleńkim miasteczku Markizy
gdzie codzienność niczym płyciutka rzeczka płynęła leniwie uśpiona spokojem
jego mieszkańców nigdy nie zapominano o
serdeczności i gołębiach.
Jak przystało na Markizy gołębie
godne barwą swych srebrno-błękitnych
piórek były wyjątkowymi ptakami. Zgrabna gromadka pierzastych obywateli uroczo gruchających w złocistej poświacie
porannego słońca roztkliwiała serca ludzi wzruszeniem a dla ich oczu stanowiła
najśliczniejszą pociechę.
Z
wyrafinowanym wdziękiem
,przebierały nóżkami ,po wybrukowanym ryneczku miasteczka i gruchając
szeptem kosztowały prosto z dłoni ludzkich ulubione kruche ciasteczka
z kminkiem.
Nie tylko szczególnie smakował
w kminkowych ciasteczkach gołębi
naród, lecz pewien nietuzinkowy doktor Gerard Czekolada. Nosił słodkie nazwisko
i był uśmiechniętym naukowcem. Jego postrzępione włosy w kolorze gorzkiej
czekolady zawsze były rozczapierzone jakby od niechcenia doktor Gerard czesał je
figlarnym wiaterkiem. Był niewysokim człowieczkiem
w drucianych ,okrągłych okularach, lubiącym ubierać się w pastelowe koszule i
spodnie o zbliżonym deseniu.
Na ramionach ,spoczywał wierny
kompan – plecak, który przykuwał uwagę przechodniów nie jednoznacznym ,zapytaniem
:”Czy lubisz Czekoladę? ”
Dr Gerard był specjalistą nauk
przyrodniczych i prowadził badania z
dziedziny filozofii przyrody.
Uogólniając zajmował się jej bytem
cielesnym w odniesieniu do jej
zmienności i metafizyki.
Każdego poranka przysiadywał na ryneczku,
zaopatrzywszy się uprzednio w tuzin
kruchych ciasteczek z kminkiem, dzierżąc
w dłoni notes kreślił piórem swoje spostrzeżenia.
Obserwowane gołębie nie
sfrustrowane jego towarzystwem dziubkami
stukały w kruche smakołyki nie zrażając
się, że co czwarte ciasteczko znikało w przełyku doktora.
Ptasim instynktem wyczuwały, że
odgrywają niebagatelną rolę w towarzystwie tego pastelowego ,osobnika i coś ważnego z tego wyniknie, być może nowe odkrycie o gołębiej diecie, opierającej się nie tylko o
groch ale i o kminek zawarty w kruchych
ciasteczkach.
Spotkanie starych znajomych
Spotkanie starych znajomych
Piękne lato prowadzi do różnych spotkań. Spotkaliśmy się
przypadkowo po wielu latach, Kasia przyjechała odwiedzić rodzinę i tak w
rozmowie postanowiliśmy, aby zorganizować spotkanie klasowe. Po wykonaniu kilku
telefonów spotkanie było uzgodnione. Każdy przyniósł coś do jedzenia, Kasia
przyniosła ciasteczka z firmy Dr Gerard” markizy pierniki krakersy. I tak przy
wspólnym ognisku i pieczeniu kiełbaski mogliśmy się spotkać porozmawiać. Nie
wszyscy mogli przybyć, niektórzy pozakładali rodziny większość była w stanie
wolnym. Miłe są takie spotkania, postanowiliśmy organizować częściej.
środa, 26 sierpnia 2015
Urlop ze słodkościami Dr Gerarda obowiązkowy
W przyszłym tygodniu wraz ze znajomymi wybieram się na wakacje- upragniony
urlop wypoczynkowy w góry. Decyzję o wyjeździe podjęliśmy już jakiś czas temu,
ale zawsze komuś coś wypadło i dopiero teraz wyjazd jest realny. Wybieramy się
w poniedziałek zaraz z rana, ale pakowanie zaczynam już dziś, żeby niczego nie
zapomnieć. Gdy już spakowałam najpotrzebniejsze jak mi się wydawało rzeczy,
stwierdziłam, że trzeba spakować jakieś przekąski, słodkości tak na wszelki
wypadek, ponieważ nigdy nic nie wiadomo. W tym celu zaczęłam przeglądać szafki
i szuflady, ale jak się okazało chwilę później i jak zwykle to niczego nie
znalazłam gdyż w domu wszyscy uwielbiają słodycze, a najbardziej te firmy Dr
Gerard. Postanowiłam więc wybrać się do sklepu, a że nie chciałam iść sama, to
zadzwoniłam do znajomej, która też wybiera się na wakacje i zapytałam czy nie
ma ochoty pójść ze mną, chętnie się zgodziła i poszłyśmy razem. W sklepie wybór
ciasteczek był bardzo duży. Kupiłam swoje ulubione pierniki Dr Gerarda z musem
owocowym, draże Dr Gerarda otulone mleczną czekoladą i podłużne markizy Dr
Gerarda z delikatnym kremem śmietankowym podlane polewą kakaową. Koleżanka
również kupiła słodkości Dr Gerarda, ale wybrała inne pozycje i kupiła ich
znacznie więcej, ponieważ zawsze twierdzi, że jest większym łasuchem niż ja i
nigdy się to nie zmieni. W drodze powrotnej do domu rozmawiałyśmy o miejscach
jakie zobaczymy, o długo wyczekiwanym odpoczynku, odprężeniu i relaksie. Gdy
już dotarłam do domu to się jednak nie
powstrzymałam i otworzyłam ciasteczka, wszyscy w domu się zajadali i po chwili
nie było już ciastek. Stwierdziłam, że jeszcze kupię słodkości ale najlepiej w
poniedziałek rano przed wyjazdem, bo inaczej nie doczekają podróży. Wszystkim polecam
ciasteczka Dr Gerarda, ponieważ są doskonałe pod każdym względem.
Nieplanowane spotkanie.
Nieplanowane spotkanie.
Wydarzyło się to na początku lipca kiedy to ja się szykowałem na osiemnaste urodziny koleżanki. Podczas gdy siedziałem w sobotni poranek przy kawie i podjadałem swoje ulubione pierniki i biszkopty Dr Gerarda, które tak uwielbiam, zadzwonił telefon. Kiedy podniosłem słuchawkę, odezwała się właśnie koleżanka, do której miałem iść na imprezę. Po głosie poznałem, że coś się stało. Przeczucie mnie nie myliło, gdyż okazałosię, że właśnie jej brat miał wypadek samochodowy i w związku z tym impreza jest odwołana.
Oczywiste, że w takiej sytuacji imprezę trzeba odwołać.
Po zjedzeniu łakoci Dr Gerarda, wpadł mi do głowy pomysł, że skoro impreza u koleżanki odwołana, to można u mnie zorganizoeać prywatkę.
Wykonałem kilka telefonów do koleżanek i kolegów i zebrałem paczkę dwunastoosobową, która wyraziła chęć na takie spotkanie.
Imprezę rozpoczęliśmy o godzinie 17-tej. Wszyscy punktualnie się wstawili. Każdy w miarę swoich możliwości przyniósł ze sobą coś do jedzenia, a napoje to ja zorganizowałem.
Po wyłożeniu przyniesionych reklamówek przez koleżeństwo okazło się, że jedzenia to wystarczy na pięć takich imprez, a największym zaskoczeniem okazały się słodycze, bo wszyscy przynieśli słodycze Dr Gerarda. Koleżanki szybko przygotowały stół, na iktórym królowały pierniki, biszkopty różnego smaku, krakersy i kruche ciasteczka nadziewane czkoladą.
Sprawnie przygotowały różnego rodzaju sałatki z przyniesionych produktów i po wyłożeniu kilku butelek alkocholu, rozpoczęliśmy imprezę.
Wszyscy bawili się miło i kulturalnie, czego dowodem było, że impreza skończyła się około piątej rano.
Wszyscy przyżekoliśmy, że taką imprezę będziemy musieli powtórzyć za rok, a może będzie to cykliczne spotkanie naszej paczki.
Znów się okazało, że nieplanowane imprezy wypadają najlepiej.
Wydarzyło się to na początku lipca kiedy to ja się szykowałem na osiemnaste urodziny koleżanki. Podczas gdy siedziałem w sobotni poranek przy kawie i podjadałem swoje ulubione pierniki i biszkopty Dr Gerarda, które tak uwielbiam, zadzwonił telefon. Kiedy podniosłem słuchawkę, odezwała się właśnie koleżanka, do której miałem iść na imprezę. Po głosie poznałem, że coś się stało. Przeczucie mnie nie myliło, gdyż okazałosię, że właśnie jej brat miał wypadek samochodowy i w związku z tym impreza jest odwołana.
Oczywiste, że w takiej sytuacji imprezę trzeba odwołać.
Po zjedzeniu łakoci Dr Gerarda, wpadł mi do głowy pomysł, że skoro impreza u koleżanki odwołana, to można u mnie zorganizoeać prywatkę.
Wykonałem kilka telefonów do koleżanek i kolegów i zebrałem paczkę dwunastoosobową, która wyraziła chęć na takie spotkanie.
Imprezę rozpoczęliśmy o godzinie 17-tej. Wszyscy punktualnie się wstawili. Każdy w miarę swoich możliwości przyniósł ze sobą coś do jedzenia, a napoje to ja zorganizowałem.
Po wyłożeniu przyniesionych reklamówek przez koleżeństwo okazło się, że jedzenia to wystarczy na pięć takich imprez, a największym zaskoczeniem okazały się słodycze, bo wszyscy przynieśli słodycze Dr Gerarda. Koleżanki szybko przygotowały stół, na iktórym królowały pierniki, biszkopty różnego smaku, krakersy i kruche ciasteczka nadziewane czkoladą.
Sprawnie przygotowały różnego rodzaju sałatki z przyniesionych produktów i po wyłożeniu kilku butelek alkocholu, rozpoczęliśmy imprezę.
Wszyscy bawili się miło i kulturalnie, czego dowodem było, że impreza skończyła się około piątej rano.
Wszyscy przyżekoliśmy, że taką imprezę będziemy musieli powtórzyć za rok, a może będzie to cykliczne spotkanie naszej paczki.
Znów się okazało, że nieplanowane imprezy wypadają najlepiej.
“Piernik do wiatraka”
Babcia
Jadzia nie była typem dobrodusznej, ciepłej staruszki, której można zwierzyć
się z wstydliwych wnuczęcych rozterek. Była
nieco szorstka w obyciu i
zacietrzewiona na ,zachowania typu Lelum polelum co tłumacząc z slangu miejskiego znaczy ,na flegmatyzm i
ślamazarstwo.
W wieku70 lat ,,przystawała
przed lustrem i ,jednym z palców swej spracowanej dłoni dotykała ,kącików
oczu schlebiając sobie cichym szeptem: no ale kurzych łapek to jeszcze nie mam”
Jej wewnętrzna siła ,
zaradność i niezaprzeczalny
talent do kucharzenia były dla nas
wnucząt tak ,fascynujące ,, że cała ,surowość twarzy babci Jadzi
, miała się w naszych młodziutkich umysłach jak piernik do
wiatraka.
Dziadkowi Teodorowi, z racji swoich przekonań opartych
na ,wschodnim modelu monopartyjności winno zwać się Fiodor. My dzieciaki ,głuptaski mające kruche pojęcie o ustroju politycznym widzieliśmy ,go myśliwym , z nieodłącznym
scyzorykiem w kieszeni i luźnych
spodniach upiętych na szerokich parcianych szelkach. Chichotał rubasznie gawędząc
o
pięknej sztuce dzika , którą
przytaszczył na motorze marki WSK a my z
półotwartymi ustami czekaliśmy na kolejne ćwiartki kruchych jabłek, które cierpliwie
obierał i dzielił swym myśliwskim scyzorykiem. Babcia tymczasem wyczarowywała
pączki z konfiturowym nadzieniem.
Kiedyś babcia Jadzia
zaniemogła. Leżała z twarzą bladą od
mdłości, w łóżku i denerwowała się na
swoją dolegliwość:
- Teoś… może śledzia bym zjadła, tak za mną kwaśne chodzi-
kombinowała
- A zobaczymy co się
da zrobić - pocieszał dziadek i
zaczynał manewry.
Pamiętam to jak dziś, jak wycofał się z zasięgu wzroku i
słuchu babci i wykręcając na tarczy
telefonu numer po chwili szeptał do słuchawki:
- Doktor Gerard?... Tu Żytyński .Żonę mdli chce śledzia. Czy to aby nie zaszkodzi
przy tych lekach co doktor przepisał?
I po odpowiedniej dozie czasu
babcia z błogosławioną miną zajadała śledzika.
Taka to była para
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)