Jak co dzień po 16-tej wybrałem się na małe
dotlenianie tuż obok do parku.
Słoneczko przyjemnie przygrzewało, więc dotarwszy do mej ulubionej
ławeczki usadowiłem się niczym kwoka na grzędzie, która pragnie powygrzewać troszkę swoje piórka. I
wysunąłem buzię ku promieniom. Z przymkniętymi powiekami wsłuchiwałem
się w świergolenie ptasząt ,nie zwracając uwagi na otoczenie kiedy
nagle z błogostanu wyrwało mnie coś wilgotnego na dłoni a zaraz potem dźwienczny głos nieznajomej:
Franki...fee!!!Nie wolno zaczepiać pana!
Nic nie szkodzi... a co to za istota? zapytałem nieco wystraszony ale zaintrygowany
To Franki labrador jest strasznym łasuchem i wywąchał u pana jakieś pyszności w plecaku.
Jasne mam coś dobrego Dr Gerarda, ale nie wiem czy psiaki mogą zajadać takie frykasy bo to czekolada-
odrzekłem
Pewnie, że nie labradory z genów są łakomczuchami, przepraszam
pana za niego
Nic nie szkodzi
trochę duży ten nosal ale całkiem sympatyczny, piękny pies przypomina mi kolorem takie lekkie ciasteczka…jak
one się nazywają…? Niech pomyślę…
- Biszkopty!
Wsparła mnie dziewczyna
Tak, tak biszkopty, a może pani ma
ochotę na czekoladę, zachęcam ma truskawkowe nadzienie- zagadnąłem nieco
kokieteryjnie
, dziewczyna tworzyła z
Frankim śliczną parę.
- Bardzo chętnie skosztuję , ale
może umówmy się na jutro, dziś muszę już wracać, ale jutro będę tu o tej samej
porze
-Trudno, odrzekłem, czekolada zaczeka.
Do zobaczenia,! Franki do nogi! Zadźwięczała
dziewczyna i sprężystym krokiem z uśmiechniętym labradorem u nogi
ruszyła przed siebie.
Do zobaczenia zamruczałem pod
nosem wodząc okiem za oddalającym się ślicznym
obrazkiem w nadziei, że dziewczyna wróci nazajutrz pokosztować czekoladę
wraz ze swoim biszkoptowym Frankim.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz