piątek, 5 czerwca 2015

„40 lat minęło”


Małżeństwo mieszkające po sąsiedzku, doczekało się pięknej rocznicy, tj. czterdzieści lat pożycia małżeńskiego w zdrowiu i w chorobie, w doli i nie doli.

Pewnego dnia będąc w domu z gromadką wnuków, siedząc przy stole i obserwując dzieci beztrosko pałaszujących pierniki i wafle Dr Gerarda, zaczęli wracać wspomnieniami do swoich dziecięcych lat.

Rozmarzywszy się poprosili gromadkę do stołu posadzili wszystkich na krzesłach i rozpoczęli opowiadać jak wyglądało ich dzieciństwo bardzo dawno temu.

Dzieciaki zaintrygowane wspomnieniami grzecznie słuchały dziadkowych i babcinych opowieści, jak to kiedyś nie było takich wafli i pierników jak teraz. A jeśli nawet były, to niebyło stać ich rodziców na kupno jakichkolwiek słodyczy dla dużej gromadki dzieci.

Więc mamy babci i dziadka jesienią zbierały owoce w sadach, a były to jabłka, śliwki i wiele innych owoców. Przynoszono je do domu, myto je a potem w zależności od owocu, jak np. śliwki: to wyjmowano pestki no chyba, że pestka stawiała opór, to wrzucano do kotła i w dalszym etapie mama zasypywała cukrem i stawiała na piecu aby ugotować. Po żmudnym procesie gotowania następnie przeciskała przez tzw. durszlak aby oddzielić pestki i po całym żmudnym procesie wychodziły powidła.

Jabłka i inne owoce przechodziły podobne procesy, ale chodziło o ten sam efekt końcowy.

Mamy, babci i dziadka mając zapasy powideł na przełomie całego roku mogły same napiec dzieciom wafli albo pierniki z powidłami w środku. Upieczone wafle smarowane były grubo powidłami i przykrywane drugim waflem i to był rarytas nie z tej ziemi, jakich nie mogły doświadczyć dzieci z bogatych rodzin.

Zapał i poświęcenie z jakim przygotowywały te smaczne rarytasy prababcie, warte są wspomnień i opowiedzenia wnukom.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz