Małżeństwo mieszkające po sąsiedzku, doczekało się pięknej
rocznicy, tj. czterdzieści lat pożycia małżeńskiego w zdrowiu i w chorobie, w
doli i nie doli.
Pewnego dnia będąc w domu z gromadką wnuków, siedząc przy
stole i obserwując dzieci beztrosko pałaszujących pierniki i wafle Dr Gerarda,
zaczęli wracać wspomnieniami do swoich dziecięcych lat.
Rozmarzywszy się poprosili gromadkę do stołu posadzili
wszystkich na krzesłach i rozpoczęli opowiadać jak wyglądało ich dzieciństwo
bardzo dawno temu.
Dzieciaki zaintrygowane wspomnieniami grzecznie słuchały
dziadkowych i babcinych opowieści, jak to kiedyś nie było takich wafli i
pierników jak teraz. A jeśli nawet były, to niebyło stać ich rodziców na kupno
jakichkolwiek słodyczy dla dużej gromadki dzieci.
Więc mamy babci i dziadka jesienią zbierały owoce w sadach, a
były to jabłka, śliwki i wiele innych owoców. Przynoszono je do domu, myto je a
potem w zależności od owocu, jak np. śliwki: to wyjmowano pestki no chyba, że
pestka stawiała opór, to wrzucano do kotła i w dalszym etapie mama zasypywała
cukrem i stawiała na piecu aby ugotować. Po żmudnym procesie gotowania
następnie przeciskała przez tzw. durszlak aby oddzielić pestki i po całym
żmudnym procesie wychodziły powidła.
Jabłka i inne owoce przechodziły podobne procesy, ale
chodziło o ten sam efekt końcowy.
Mamy, babci i dziadka mając zapasy powideł na przełomie
całego roku mogły same napiec dzieciom wafli albo pierniki z powidłami w
środku. Upieczone wafle smarowane były grubo powidłami i przykrywane drugim
waflem i to był rarytas nie z tej ziemi, jakich nie mogły doświadczyć dzieci z
bogatych rodzin.
Zapał i poświęcenie z jakim przygotowywały te smaczne
rarytasy prababcie, warte są wspomnień i opowiedzenia wnukom.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz