Na początku wakacji Marylka pojechała do wujka na Kujawy, by
odpocząć kilka dni. Dwa dni przed powrotem otrzymała sms od koleżanki Irenki z
zapytaniem czy nie chce pieska, ponieważ przybłąkał się w trakcie spaceru.
Irenka bardzo chętnie przygarnęłaby go, ale ma już pieska i będą się gryzły.
Na pierwszy rzut oka piesek był rasy pekińczyk i od
prawdopodobnie długiego czasu nie miał właściciela, ponieważ był bardzo
zaniedbany i nie miał jednego oczka.
Akurat w tym czasie, gdy piesek przybłąkał się, mama Marylki
była w odwiedzinach u mamy Irenki i umówiły się, iż zabierze go do siebie dla
Marylki.
Dziewczyna zaplanowała powrót
z wujkiem na poniedziałek. W niedzielę okazyjnie zrobiła zakupy i z
myślą o podróży kupiła kilka opakowań ciastek. W autobusie dopiero zwróciła
uwagę na logo widniejące na opakowaniu, a było nim „Dr Gerard”. W opakowaniu
znajdowały się markizy, a pozostałe opakowania zawierały krakersy, biszkopty i
wafle.
W trakcie podróży ciasteczka smakowały wybornie.
Na dworcu byliśmy około 17-tej, a Radom przywitał nas
deszczem.
Po dotarciu do domu okazało się jednak, że pieska nie ma w
domu. Dzień wcześniej dzieci sąsiadki postanowiły wyjść z nim na podwórko
pobawić się z nim, ale okazało się, że w ogrodzeniu była dziura i piesek korzystając
z okazji wyszedł dalej na spacer.
Marylka po wysłuchaniu tej informacji bardzo się zasmuciła,
bo nie dane jej było powitać nowego członka rodziny. Jeszcze tego samego dnia
wieczorem zadzwoniliśmy do Straży Miejskiej zajmującej się wyłapywaniem
bezpańskich psów, lecz nie odnotowano żadnej wzmianki o jednookim pekińczyku.
Nie namyślając się długo, włożyliśmy do plecaka niezjedzone
ciastka z podróży i ruszyliśmy na miasto w poszukiwaniu pieska.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz